Pod koniec zimy siedemnastego roku mojego życia mama stwierdziła, że wpadłam w depresję. Zapewne doszła do tego wniosku, bo
rzadko wychodziłam z domu, spędzałam długie godziny w łóżku, ciągle
czytałam tę samą książkę, mało co jadłam i całkiem sporo wolnego czasu,
którego miałam w nadmiarze, poświęcałam na rozmyślania o śmierci.
W
każdej ulotce, na każdej stronie internetowej i w ogóle we wszelkich
materiałach dotyczących raka wśród efektów ubocznych choroby zawsze
wymieniana jest depresja. Lecz tak naprawdę ona nie jest skutkiem
ubocznym raka. Depresja jest skutkiem ubocznym umierania. (Zresztą rak
też jest skutkiem ubocznym umierania. Właściwie prawie wszystko nim
jest). Tak czy siak, mama uznała, że potrzebuję pomocy, więc zawiozła
mnie do lekarza rodzinnego, doktora Jima, który przyznał, że
rzeczywiście tonę w totalnie obezwładniającej depresji klinicznej, a
zatem należy zaordynować mi odpowiednie leki, a ponadto wysłać mnie na
cotygodniowe zajęcia grupy wsparcia.
Do grupy, której skład
bezustannie się zmieniał, należeli młodzi ludzie na różnych etapach
rozwoju choroby nowotworowej. Dlaczego jej skład się zmieniał? Efekt
uboczny umierania.
Oczywiście, spotkania grupy były koszmarnie
przygnębiające. Odbywały się co środa w podziemiu kościoła
episkopalnego, mieszczącego się w kamiennym gmachu zbudowanym na planie
krzyża. Siadaliśmy wszyscy w kręgu, w samym środku tego krzyża,
dokładnie tam, gdzie nałożyłyby się na siebie dwie belki i gdzie
znalazłoby się serce Jezusa.
Zwróciłam na to uwagę, ponieważ Patrick,
lider grupy wsparcia i jej jedyny pełnoletni uczestnik, na każdym
koszmarnym spotkaniu mówił o uświęconym Sercu Jezusa i o tym, jak to my,
młodzi chorzy na raka, siedzimy dokładnie w samym jego środku i tak
dalej.
A oto jak przebiegały spotkania w Sercu Bożym: sześcioro,
siedmioro albo dziesięcioro nastolatków wchodziło/wjeżdżało na wózkach
do sali, raczyło się nędznym poczęstunkiem złożonym z ciasteczek i
lemoniady, siadało w Kręgu Zaufania i wysłuchiwało Patricka, który po
raz tysięczny relacjonował przygnębiającą historię swojego życia, czyli
mówił o tym, że miał nowotwór jąder i lekarze uważali, że umrze, ale nie
umarł, i proszę – oto on, nadal żywy, zupełnie dorosły, w kościelnej
piwnicy, w sto trzydziestym siódmym najładniejszym mieście Ameryki,
rozwiedziony, uzależniony od gier komputerowych, niemający przyjaciół,
ledwie wiążący koniec z końcem dzięki eksploatowaniu swojej nowotworowej
przeszłości, mozolnie dążący do zdobycia dyplomu magisterskiego, choć
on i tak nie poprawi jego perspektyw zawodowych, czekający, jak my
wszyscy, na miecz Damoklesa, niosący wyzwolenie, któremu umknął wiele
lat temu, gdy rak odebrał mu oba jajka, lecz oszczędził to, co tylko
najbardziej wspaniałomyślny człowiek mógłby nazwać życiem.
I TY TEŻ MOŻESZ MIEĆ TYLE SZCZĘŚCIA!
Potem
się przedstawialiśmy: Imię. Wiek. Diagnoza. I jak się dzisiaj czujemy.
Jestem Hazel, mówiłam, gdy nadchodziła moja kolej. Szesnaście lat.
Pierwotnie rak tarczycy, z imponującą satelitarną kolonią od dawna
osiadłą w płucach. I czuję się dobrze.
Gdy już prezentacje obeszły
całe kółko, Patrick zawsze pytał, czy ktoś chciałby się podzielić swoimi
przeżyciami. I wówczas zaczynało się prawdziwe pandemonium wsparcia:
wszyscy opowiadali o sile, walce i wygrywaniu, o remisji i tomografii.
Muszę oddać sprawiedliwość Patrickowi: pozwalał nam też mówić o śmierci.
Ale większość obecnych nie umierała. Większość miała dożyć wieku
dorosłego, tak jak on.
(Co oznaczało, że wszystko to było podszyte
sporą dozą rywalizacji, ponieważ każdy chciał pokonać nie tylko
nowotwór, ale też pozostałych obecnych w sali. Zdaję sobie sprawę, że to
nieracjonalne, ale kiedy ci oznajmiają, że masz na przykład dwadzieścia
procent szans na przeżycie pięciu lat, włącza się matematyka i
uświadamiasz sobie, że to jak jeden do pięciu… Rozglądasz się więc i
kalkulujesz tak, jak by to zrobiła każda zdrowa osoba: muszę przeżyć
czworo z tu obecnych).
Jedynym pozytywnym akcentem na tych
spotkaniach był chłopak imieniem Isaac, chudy młodzieniec o pociągłej
twarzy i prostych, jasnych włosach opadających na jedno oko. To właśnie
oczy były jego problemem. Trafił mu się jakiś fantastycznie
nieprawdopodobny nowotwór oczu. Jedno usunięto mu, gdy był dzieckiem, a
teraz nosił koszmarnie grube okulary, przez które jego oczy (i to
prawdziwe, i to szklane) wyglądały na nadnaturalnie ogromne, tak jakby
cała głowa składała się głównie z gałek ocznych. Z tego, czego zdołałam
się dowiedzieć przy tych rzadkich okazjach, kiedy Isaac dzielił się
przeżyciami z grupą, nawrót choroby stanowił śmiertelne zagrożenie dla
jego drugiego oka.
Porozumiewaliśmy się z Isaakiem niemalże wyłącznie
za pomocą westchnień. Za każdym razem, gdy ktoś rekomendował nową dietę
antynowotworową, wdychanie zmielonej płetwy rekina czy coś w tym
rodzaju, chłopak zerkał na mnie i wzdychał dyskretnie. Ja nieznacznie
kręciłam głową i wzdychałam w odpowiedzi.
A zatem grupa wsparcia
była kompletnie denna i po kilku tygodniach na samą myśl o niej miałam
ochotę kopać i wrzeszczeć. Akurat tej środy, kiedy miałam poznać
Augustusa Watersa, siedziałam na kanapie z mamą i oglądałam trzeci etap
dwunastogodzinnego maratonu z poprzedniego sezonu America’s Next Top
Model (który, prawdę mówiąc, już widziałam, ale co tam), wszelkimi
sposobami usiłując się wykręcić od wyjścia z domu.
Ja: Odmawiam chodzenia na grupę wsparcia.
Mama: Jednym z symptomów depresji jest brak zainteresowania formami aktywnego spędzania czasu.
Ja: Proszę, pozwól mi oglądać America’s Next Top Model. To jest aktywne spędzanie czasu.
Mama: To jest pasywne spędzanie czasu.
Ja: Mamo! Proszę.
Mama: Hazel, jesteś już nastolatką, nie małym dzieckiem. Musisz mieć przyjaciół, wychodzić z domu i prowadzić normalne życie.
Ja:
Jeżeli chcesz, żebym była nastolatką, nie posyłaj mnie na grupę
wsparcia. Kup mi fałszywy dowód osobisty, żebym mogła chodzić do klubów,
pić wódkę i brać haszysz.
Mama: Zacznijmy od tego, że haszyszu się nie bierze.
Ja: Widzisz, wiedziałabym takie rzeczy, gdybyś załatwiła mi fałszywy dowód.
Mama: Pójdziesz na grupę wsparcia.
Ja: Błeee!
Mama: Hazel, zasługujesz na normalne życie.
To
zamknęło mi usta, choć nie bardzo rozumiałam, jak uczestniczenie w
spotkaniach grupy wsparcia wpasowuje się w definicję „normalnego życia”.
Zgodziłam się pójść – jednak najpierw wynegocjowałam prawo do nagrania
półtora odcinka programu, który miał mnie ominąć.
Chodziłam na grupę
wsparcia z tych samych powodów, z których pozwalałam pielęgniarkom po
zaledwie półtorarocznej edukacji truć mnie chemikaliami o egzotycznych
nazwach: chciałam zadowolić rodziców. Na tym świecie jest tylko jedna
rzecz okropniejsza niż umieranie na raka w wieku szesnastu lat, a jest
nią posiadanie dziecka, które na tego raka umiera.
Mama
zaparkowała na okrągłym podjeździe z tyłu kościoła o 16.56. Udawałam, że
poprawiam coś przy butli z tlenem, żeby zyskać chociaż sekundę.
–Chcesz, żebym ci to zaniosła?
–Nie
trzeba – odrzekłam. Cylindryczny zielony zbiornik ważył tylko kilka
kilogramów, a poza tym i tak ciągnęłam go za sobą na małym metalowym
wózku. Butla dostarczała mi dwa litry tlenu na minutę za pośrednictwem
wąsów tlenowych – przejrzystej rurki, która rozdzielała się na karku,
zawijała za uszami i ponownie łączyła pod nosem. Całe to urządzenie było
niezbędne, ponieważ moje płuca w roli płuc spisywały się beznadziejnie.
–Kocham cię – powiedziała mama, gdy wysiadłam.
–Ja ciebie też, mamo. Do zobaczenia o szóstej.
–Zaprzyjaźnij się z kimś! – zawołała przez opuszczone okno, kiedy się oddalałam.
Nie
chciałam jechać windą, ponieważ jazda windą w grupie wsparcia to
czynność symptomatyczna dla Ostatnich Dni. Zeszłam więc po schodach.
Wzięłam sobie ciastko, nalałam trochę lemoniady do plastikowego kubka, a
potem się odwróciłam.
Patrzył na mnie chłopak.
Na pewno nigdy
wcześniej go nie widziałam. Był wysoki i smukły, choć muskularny.
Plastikowe krzesełko, jakich używają dzieci w podstawówce, wydawało się
pod nim śmiesznie małe. Miał mahoniowe włosy, proste i krótkie.
Wyglądał, jakby był w moim wieku, może o rok starszy. Siedział,
opierając się kością ogonową o krawędź krzesła, w pozie agresywnie
niedbałej, z jedną dłonią do połowy wsuniętą do kieszeni ciemnych
dżinsów.
Odwróciłam wzrok, nagle świadoma swoich rozlicznych
niedoskonałości. Miałam na sobie stare dżinsy, które niegdyś były
obcisłe, ale teraz wisiały w niewłaściwych miejscach, oraz żółtą
koszulkę z emblematem zespołu, którego już nawet nie lubiłam. Do tego ta
fryzura: byłam ostrzyżona na pazia i nawet się nie pofatygowałam, żeby
przed wyjściem przeczesać włosy szczotką. Co więcej, miałam śmiesznie
okrągłe policzki – efekt uboczny terapii. Wyglądałam jak proporcjonalnie
zbudowana osoba z balonem zamiast głowy. Nie wspominając o opuchniętych
kostkach u nóg. Znów zerknęłam na niego i okazało się, że nadal mnie
obserwuje.
Przyszło mi do głowy, że nareszcie rozumiem, dlaczego to się nazywa k o n t a k t wzrokowy.
Weszłam
w krąg i usiadłam przy Isaacu, w odległości dwóch krzeseł od tamtego
chłopaka. Znów zerknęłam. A on wciąż na mnie patrzył.
Powiem wprost:
był przystojny. Jeśli nieatrakcyjny chłopak uporczywie się w ciebie
wgapia, to w najlepszym wypadku uznajesz jego zachowanie za krępujące, a
w najgorszym za formę napastowania. Ale przystojny chłopak… no cóż.
Wyjęłam
telefon i nacisnęłam przycisk, żeby sprawdzić godzinę – 16.59. Krąg
zapełnił się nieszczęśnikami w wieku od dwunastu do osiemnastu lat, a
potem Patrick rozpoczął od modlitwy o pogodę ducha: „Panie, daj mi siłę,
abym zmienił to, co zmienić mogę; daj mi cierpliwość, abym zniósł to,
czego zmienić nie mogę, i daj mi mądrość, abym odróżnił jedno od
drugiego”. A ten facet nadal się we mnie wpatrywał. Poczułam, że się
rumienię.
W końcu uznałam, że najodpowiedniejsza strategia to też
zacząć się gapić. Przecież chłopaki nie mają monopolu na takie
zachowanie. Zatem wpiłam się w niego przenikliwym wzrokiem, podczas gdy
Patrick po raz tysięczny opowiadał o swojej bezjajeczności i tak dalej.
Rozpoczęliśmy pojedynek na spojrzenia. Po chwili przystojniak uśmiechnął
się i wreszcie zwrócił swoje błękitne oczy w inną stronę. Kiedy znów na
mnie popatrzył, uniesieniem brwi oznajmiłam: „Ja wygrałam”.
Wzruszył ramionami. Patrick mówił dalej, aż w końcu nadszedł czas na przedstawienie się.
–Isaac, może ty będziesz dzisiaj pierwszy. Wiem, że czekają cię trudne chwile.
–Tja
– potwierdził Isaac. – Na imię mi Isaac. Mam siedemnaście lat. I
wygląda na to, że za kilka tygodni przejdę operację, po której stracę
wzrok. Nie żebym narzekał czy coś, ponieważ wiem, że wielu z nas ma
gorzej, ale cóż, bycie ślepcem jest do bani. Jakoś daję radę dzięki
pomocy mojej dziewczyny. I takich przyjaciół jak Augustus. – Skinął
głową w stronę chłopaka, który w ten sposób zyskał imię. – No i tak… –
westchnął. Patrzył teraz na swoje dłonie, które złożył w kształt tipi. –
Nic nie można na to poradzić.
–Możesz na nas polegać, Isaacu – odezwał się Patrick. – Powiedzcie to Isaacowi. Wszyscy monotonnym głosem wyskandowaliśmy:
–Możesz na nas polegać.
Następnie
przyszła kolej na Michaela. Dwanaście lat. Białaczka. Od zawsze
chorował na białaczkę. Czuł się dobrze. (A przynajmniej tak twierdził.
Przyjechał windą).
Lida miała szesnaście lat i była dość ładna, by
nasz przystojniak mógł zawiesić na niej oko. Była stałą członkinią grupy
– miała właśnie długi okres remisji nowotworu wyrostka robaczkowego. Do
tej pory nie wiedziałam, że coś takiego w ogóle istnieje. Powiedziała –
jak za każdym poprzednim razem, kiedy brałam udział w spotkaniu – że
czuje się s i l n a. Odebrałam to jako przechwałkę, czując, jak
delikatny strumień tlenu łaskocze mnie w nozdrza.
Jeszcze pięć innych
osób musiało się przedstawić, zanim dotarliśmy do niego. Uśmiechnął się
lekko. Głos miał niski, chrapliwy i zabójczo seksowny.
–Nazywam się
Augustus Waters – oznajmił. – Mam siedemnaście lat. Półtora roku temu
zawarłem przelotną znajomość z kostniakomięsakiem, ale dziś przyszedłem
tutaj na prośbę Isaaca.
–A jak się czujesz? – zapytał Patrick.
–O, świetnie. – Augustus Waters uśmiechnął się kątem ust. – Jak na rollercoasterze, który cały czas jedzie w górę, przyjacielu.
Gdy nadeszła moja kolej, powiedziałam:
–Jestem Hazel. Mam szesnaście lat. Guz tarczycy z przerzutami do płuc. Czuję się dobrze.
Godzina
mijała szybko. Omawiano walki, zwycięskie bitwy w wojnach skazanych na
przegraną. Żywiono się nadzieją. Wychwalano i potępiano rodziny.
Uzgodniono, że przyjaciele po prostu tego nie rozumieją. Popłynęły łzy.
Zaoferowano pocieszenie. Ani Augustus Waters, ani ja nie odzywaliśmy
się, dopóki Patrick nie zaproponował:
–Augustusie, może zechciałbyś podzielić się z grupą swoimi obawami.
–Moimi obawami?
–Tak.
–Boję się zapomnienia – wyznał bez chwili wahania. – Boję się tego niczym ślepiec ciemności.
–Za wcześnie na takie uwagi – wtrącił Isaac z lekkim uśmiechem.
–Wyraziłem się niedelikatnie? – zafrasował się Augustus. – Potrafię być ślepy na uczucia innych ludzi.
Isaac zaśmiał się, ale Patrick uniósł palec w karcącym geście.
–Augustusie, proszę, wróćmy do ciebie i twoich walk. Powiedziałeś, że boisz się zapomnienia?
–Tak – potwierdził chłopak.
Patrick wyglądał na zagubionego.
–Czy, hm, czy ktoś chciałby jakoś to skomentować?
Nie
chodziłam do normalnej szkoły od trzech lat. Moimi najlepszymi
przyjaciółmi byli rodzice. Trzecim przyjacielem był pisarz, który nie
miał nawet pojęcia o moim istnieniu. Należałam do osób raczej
nieśmiałych, nie do takich, które w klasie ciągle siedzą z ręką w górze.
A mimo to tym razem postanowiłam się odezwać. Niepewnie podniosłam dłoń i Patrick, wyraźnie zachwycony, natychmiast zawołał:
–Hazel!
Na pewno uznał, że się wreszcie otworzyłam, że staję się Częścią Grupy.
Popatrzyłam na Augustusa Watersa, który odwzajemnił moje spojrzenie. Oczy miał tak błękitnie, że aż przejrzyste.
–Nadejdzie
czas – zaczęłam – gdy wszyscy będziemy martwi. Nadejdzie czas, gdy nie
pozostanie ani jeden człowiek, który by pamiętał, że ktokolwiek
kiedykolwiek żył czy że nasz gatunek czegokolwiek dokonał. Nie
pozostanie nikt, kto by pamiętał Arystotelesa lub Kleopatrę, a co
dopiero ciebie. Wszystko, co zrobiliśmy, zbudowaliśmy, napisaliśmy,
wymyśliliśmy albo odkryliśmy, pójdzie w zapomnienie, a to – wykonałam
szeroki gest – zupełnie straci sens. Może ta chwila nadejdzie szybko, a
może jest odległa o miliony lat, ale nawet jeśli przetrwamy śmierć
naszego słońca, nie będziemy istnieć wiecznie. Był czas, gdy organizmy
nie miały świadomości, i nadejdzie czas, gdy znów będą jej pozbawione.
Nie myśl o tym, że zapomnienie jest nieuniknione. Wierz mi, że wszyscy
tak robią.
Dowiedziałam się tego od wspomnianego wcześniej trzeciego
najlepszego przyjaciela, Petera van Houtena, żyjącego w odosobnieniu
autora Ciosu udręki, książki w moim mniemaniu najbliższej Biblii. Peter
van Houten był jedynym znanym mi człowiekiem, który zdawał się (a)
rozumieć, jak to jest umierać, lecz (b) jednak nie umrzeć.
Kiedy
skończyłam, zapadła dość długa cisza, a ja patrzyłam, jak na twarz
Augustusa wypełza uśmiech – nie krzywy uśmieszek chłopaka, który chciał
wyglądać seksownie, gdy się we mnie wgapiał, ale prawdziwy uśmiech,
wręcz za szeroki na jego twarz.
–Niech to gęś! – powiedział cicho. – Niezły z ciebie numer.
Żadne
z nas nie odezwało się więcej do zakończenia spotkania. Na koniec
musieliśmy wszyscy wziąć się za ręce i Patrick odmówił modlitwę.
–Panie
Jezu Chryste, zebraliśmy się tutaj w Twoim Sercu, dosłownie w Twoim
Sercu, ponieważ dotknęła nas choroba. Tylko Ty znasz nas tak dobrze, jak
my znamy siebie. Poprowadź nas ku życiu i światłu przez ten czas próby.
Modlimy się za oczy Isaaca, za krew
Michaela i Jamiego, za kości
Augustusa, za płuca Hazel, za krtań Jamesa. Modlimy się, byś nas
uzdrowił i byśmy odczuli Twój pokój i Twoją miłość, która przekracza
wszelkie zrozumienie. Nosimy w sercach tych, których znaliśmy i
kochaliśmy, a którzy odeszli do Twego domu: Marię, Kade’a, Josepha,
Haley, Abigail, Angelinę, Taylor, Gabriela…
Lista była długa. Wielu
ludzi na tym świecie już zmarło. I podczas gdy Patrick monotonnym głosem
odczytywał litanię imion z kartki papieru, ponieważ była za długa, żeby
nauczyć się jej na pamięć, ja z zamkniętymi oczami starałam się
zachować modlitewny nastrój, ale przede wszystkim wyobrażałam sobie
dzień, w którym moje imię znajdzie się w tym zestawieniu, na samym jego
końcu, gdy wszyscy już przestają słuchać.
Kiedy Patrick umilkł,
wygłosiliśmy tę durną mantrę – BĘDĘ ŻYŁ DZIŚ NAJLEPIEJ, JAK POTRAFIĘ – i
spotkanie dobiegło końca. Augustus Waters dźwignął się z krzesła i
podszedł do mnie. Chód miał tak samo krzywy jak uśmiech. Był ode mnie
znacznie wyższy, ale stanął w pewnej odległości, więc nie musiałam
odchylać głowy, by spojrzeć mu w oczy.
–Jak się nazywasz? – zapytał.
–Hazel.
–A pełne nazwisko?
–Hazel Grace Lancaster.
Już miał powiedzieć coś więcej, kiedy podszedł do nas Isaac.
– Poczekaj chwilę – poprosił Augustus, unosząc palec, a potem zwrócił się do kolegi: – Było znacznie gorzej, niż uprzedzałeś.
–Mówiłem ci, że to przygnębiające.
–To po co bierzesz w tym udział?
–Nie wiem. Może trochę pomaga?
Augustus spytał go na ucho, myśląc, że nie usłyszę:
–Czy ona często tu przychodzi?
Nie dosłyszałam odpowiedzi Isaaca, ale Augustus rzekł:
–Rozumiem. – Ujął przyjaciela za oba ramiona i cofnął się pół kroku. – Opowiedz Hazel, co się wydarzyło w klinice.
Isaac oparł się dłonią o stolik z przekąskami i skupił na mnie spojrzenie swojego wielkiego oka.
–Dobra.
Poszedłem rano do kliniki i wyznałem chirurgowi, że wolałbym być głuchy
niż ślepy. A on na to: „To nie działa w ten sposób”, więc ja: „Tja,
rozumiem, że to tak nie działa. Mówię tylko, że wolałbym być głuchy niż
ślepy, gdybym miał wybór, choć przecież wiem, że go nie mam”. A facet
odpowiedział: „Dobra wiadomość jest taka, że nie będziesz głuchy”.
Odrzekłem więc: „Dziękuję za zapewnienie, że nie ogłuchnę z powodu raka
oka. Mam wielkie szczęście, że taki intelektualny gigant jak pan zgodził
się mnie operować”.
–Prawdziwy kozak – uznałam. – Postaram się zachorować na nowotwór oka, żeby tylko go poznać.
–Powodzenia. No dobra, muszę lecieć. Czeka na mnie Monica. Chcę się na nią napatrzeć, póki mogę.
–Gramy w Counterinsurgence jutro? – zapytał Augustus.
–No pewnie. – Isaac okręcił się na pięcie i wbiegł na górę, przeskakując po dwa stopnie naraz.
Augustus odwrócił się do mnie.
–Dosłownie – powiedział.
–Dosłownie? – zdziwiłam się.
–Znajdujemy się dosłownie w Sercu Jezusa – wyjaśnił. – Myślałem, że to kościelna piwnica, a tymczasem to dosłownie Serce Jezusa.
–Ktoś powinien mu o tym powiedzieć – zauważyłam. – Chyba niebezpiecznie jest trzymać w swoim sercu młodzież chorą na raka.
–Sam bym mu powiedział – wtrącił Augustus – ale niestety dosłownie utknąłem w Jego Sercu, więc mnie nie usłyszy.
Zaśmiałam się. Pokręcił głową, spoglądając na mnie.
–Co? – zapytałam.
–Nic – odrzekł.
–To dlaczego tak na mnie patrzysz?
Uśmiechnął się półgębkiem.
–Bo
jesteś piękna. Lubię patrzeć na pięknych ludzi, a jakiś czas temu
postanowiłem nie odmawiać sobie prostych życiowych przyjemności. –
Zapadła krótka niezręczna cisza. Augustus przebił się przez nią. –
Zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że wszystko i tak skończy się
zapomnieniem, jak przed chwilą wyjątkowo klarownie wyłożyłaś.
Parsknęłam, westchnęłam czy może odetchnęłam, co i tak zabrzmiało jak kaszlnięcie, po czym zaprotestowałam:
–Nie jestem…
–Przypominasz zbuntowaną Natalie Portman. Natalie Portman z filmu V jak vendetta.
–Nie widziałam go.
–Naprawdę?
– zdziwił się. – Piękna, rozczochrana dziewczyna zadziera z władzami i
wbrew własnej woli zakochuje się w pewnym mężczyźnie, choć wie, że ma on
kłopoty. Czy to nie brzmi jak twoja biografia?
Flirtował każdą
sylabą. Mówiąc szczerze, ekscytował mnie. Nie wiedziałam nawet, że
faceci mogą mnie ekscytować – nie w ten sposób, nie w rzeczywistości.
Obok nas przeszła jakaś młodsza dziewczynka.
–Jak leci, Aliso? – zapytał.
Uśmiechnęła się i wymamrotała:
–Cześć, Augustusie.
–Dziewczyna z Memoriala – wyjaśnił. Memorial był dużym szpitalem klinicznym. – A ty gdzie się leczysz?
–W
Dziecięcym – odrzekłam, a mój głos zabrzmiał dużo słabiej, niż tego
chciałam. Augustus pokiwał głową. Najwyraźniej rozmowa dobiegła końca. –
No cóż… – powiedziałam, niepewnie wskazując głową schody, które miały
nas wyprowadzić z Dosłownego Serca Jezusa. Przechyliłam wózek i
ruszyłam. Augustus pokuśtykał obok mnie. – Do zobaczenia następnym razem
– zasugerowałam.
–Powinnaś go obejrzeć – oznajmił. – To znaczy film V jak vendetta.
–Dobra. Postaram się.
–Nie. Ze mną. W moim domu – wyjaśnił. – Teraz.
Zatrzymałam się.
–Ledwie cię znam, Augustusie Watersie. Równie dobrze możesz maniakalnie mordować ludzi siekierą.
Pokiwał głową.
–Słusznie,
Hazel Grace. – Minął mnie. Jego szerokie ramiona rozpychały zieloną
koszulkę polo. Plecy miał proste, choć lekko przechylał się w prawo, z
powodu protezy nogi, jak się domyśliłam. Kostniakomięsak czasami odbiera
kończynę, żeby sobie spróbować człowieka. A jak mu posmakuje, bierze
też resztę.
Poszłam za nim na górę, ale zostałam w tyle. Poruszałam
się powoli, gdyż wchodzenie po schodach nie stanowiło ulubionego
ćwiczenia dla moich płuc.
Potem wyszliśmy z Jezusowego Serca na
parking. Wiosenne powietrze osiągnęło chłodną stronę doskonałości, a
późnopopołudniowe słońce niebiańsko raniło nasze oczy .
Mama jeszcze
nie przyjechała, co wydało mi się dziwne, ponieważ do tej pory zawsze na
mnie czekała. Rozejrzałam się i zauważyłam, jak wysoka, kształtna
brunetka wgniata Isaaca w kamienną ścianę świątyni, całując go zaborczo.
Znajdowali się na tyle blisko, że moich uszu dobiegały specyficzne
dźwięki, które wydawali, a także słyszałam, jak on powtarza: „Zawsze”, a
ona odpowiada: „Zawsze”.
Nagle koło mnie stanął Augustus i szepnął:
–Oni mocno wierzą w zasadę Publicznego Okazywania Uczuć.
–O co chodzi z tym „zawsze”? – Siorbanie zyskało na intensywności.
–To
ich motto. Będą się z a w s z e kochali i tak dalej. Ostrożnie
szacując, powiedziałbym, że w ciągu ostatniego roku użyli tego słowa
jakieś cztery miliony razy.
Podjechały kolejne dwa samochody, do
których wsiedli Michael oraz Alisa. Zostaliśmy tylko ja i Augustus,
obserwujący Isaaca i Monicę, którzy poczynali sobie coraz śmielej, jakby
wcale nie opierali się o ścianę miejsca kultu. Isaac sięgnął do jej
piersi pod koszulką i zaczął ją miętosić, trzymając dłoń nieruchomo i
poruszając tylko palcami. Zastanawiałam się, czy to może być przyjemne.
Wcale tak nie wyglądało, ale postanowiłam wybaczyć Isaacowi, ponieważ
miał niedługo stracić wzrok. Zmysły muszą się nasycić, póki człowiek
czuje jeszcze głód i tak dalej.
–Wyobraź sobie, że po raz ostatni jedziesz do szpitala – odezwałam się cicho. – Po raz ostatni w ogóle jedziesz samochodem.
Nie patrząc na mnie, Augustus odparł:
–Psujesz mi nastrój, Hazel Grace. Usiłuję obserwować pierwszą miłość z jej cudowną nieporadnością.
–Wydaje mi się, że on sprawia jej ból – zauważyłam.
–Tak,
trudno orzec, czy próbuje ją podniecić, czy wykonać badanie piersi. – W
tym momencie Augustus Waters sięgnął do kieszeni i wyjął – Panie,
zlituj się – paczkę papierosów. Otworzył ją i włożył papierosa do ust.
–Ty tak na poważnie? – zdumiałam się. – Uważasz, że to jest fajne? O Boże, właśnie wszystko zniszczyłeś.
–Jakie wszystko? – zainteresował się, patrząc na mnie. Niezapalony papieros zwisał z kącika jego nieuśmiechniętych ust.
–Całą
sytuację, kiedy to chłopak, który nie jest nieatrakcyjny,
nieinteligentny czy nie do zaakceptowania w jakiś szczególnie widoczny
sposób, gapi się na mnie, rozumie niewłaściwe użycie dosłowności,
porównuje mnie do aktorek i zaprasza do swojego domu na film. Ale
oczywiście musi istnieć jakaś hamartia, a twoja polega na tym, że, mój
Boże, chociaż miałeś cholernego raka, płacisz korporacji za szansę na
to, aby wyhodować sobie kolejnego. O mój Boże! Zapewniam cię, że
problemy z oddychaniem wcale nie są fajne. Totalnie się rozczarowałam.
Totalnie.
–Hamartia? – zapytał, nadal z papierosem w ustach, przez co zaciskał zęby. Niestety miał piękną linię szczęki.
–Tragiczna
skaza – wyjaśniłam, odwracając się od niego. Ruszyłam do krawężnika,
zostawiając Augustusa z tyłu, i wtedy usłyszałam, że nieopodal rusza
jakiś samochód. To była mama. Pewnie czekała, żebym się z kimś
zaprzyjaźniła czy coś w tym rodzaju.
Czułam, jak narasta we mnie ta
dziwna mieszanina rozczarowania i złości. Nawet nie wiem tak naprawdę,
co to było za uczucie, tylko że mnie przepełniało i że chciałam walnąć
Augustusa, a równocześnie wymienić moje płuca na takie, które potrafią
być płucami. Stałam w trampkach na samej krawędzi krawężnika z kulą na
łańcuchu w postaci zbiornika z tlenem i dokładnie w chwili, gdy mama
podjechała, poczułam, jak ktoś chwyta mnie za rękę.
Wyrwałam dłoń, ale odwróciłam się do niego.
–Nie
zabijają, dopóki ich nie zapalisz – powiedział, kiedy samochód
zatrzymał się przy nas. – A ja nigdy żadnego nie zapaliłem. Widzisz, to
metafora: trzymasz w zębach czynnik niosący śmierć, ale nie dajesz mu
mocy, by zabijał.
–Metafora – powtórzyłam z powątpiewaniem. Mama czekała.
–Owszem, metafora – zapewnił.
–Czyli wybierasz swoje zachowania ze względu na ich metaforyczny wydźwięk… – podsumowałam.
–O, tak. – Uśmiechnął się. Szerokim, głupkowatym, prawdziwym uśmiechem. – Głęboko wierzę w metafory, Hazel Grace.
Odwróciłam się do samochodu. Zastukałam w okno. Otworzyło się.
–Idę na film do Augustusa Watersa – powiedziałam. – Proszę, nagraj dla mnie kilka kolejnych odcinków maratonu ANTM.
2
Augustus
prowadził katastrofalnie. Zarówno zatrzymywaniu, jak i ruszaniu
towarzyszyło gwałtowne szarpnięcie. Pas toyoty SUV wrzynał się w moje
ciało za każdym razem, gdy Augustus hamował, a moja głowa leciała w tył,
gdy przyspieszał. Być może byłam zdenerwowana – w końcu jechałam z
obcym chłopakiem do jego domu, boleśnie świadoma tego, że moje
beznadziejne płuca utrudnią wszelkie próby obrony przed niechcianymi
awansami – ale prowadził tak zaskakująco fatalnie, że właściwie nie
myślałam o niczym innym.
Przejechaliśmy może półtora kilometra w szarpanym milczeniu, zanim się usprawiedliwił:
–Trzy razy oblałem egzamin na prawko.
–Nie mów!
Zaśmiał się, kiwając głową.
–No
cóż, nie mam odpowiedniego wyczucia w protezie, a nie potrafię nauczyć
się wciskać gaz lewą nogą. Lekarze twierdzą, że większość osób po
amputacjach nie ma problemów z jeżdżeniem, ale… rozumiesz. Nie ja. W
każdym razie wybrałem się na egzamin po raz czwarty i szło mi tak jak
teraz. – Pół kilometra przed nami światło zmieniło się na czerwone.
Augustus wdepnął hamulec, a ja zawisłam w trójkątnych objęciach pasa
bezpieczeństwa. – Przepraszam. Przysięgam, że staram się być delikatny.
No i pod koniec egzaminu byłem pewien, że znowu oblałem, a tymczasem
instruktor powiedział: „Jazda z tobą jest nieprzyjemna, ale bezpieczna w
sensie technicznym”.
–Nie wiem, czy się z nim zgadzam – odpowiedziałam. – Wyczuwam w tym Bonus Rakowy.
Bonusy
Rakowe to drobne przyjemności należne dzieciom z nowotworami i
nienależne tym zdrowym: piłki do kosza z autografami sportowych sław,
bezkarne nieodrabianie zadań domowych, niezasłużone prawo jazdy i tak
dalej.
–Ta – powiedział. Zapaliło się zielone. Napięłam się, a Augustus wcisnął gaz do dechy.
–Wiesz, że są samochody z ręcznym sterowaniem dla ludzi, którzy nie mogą używać nóg? – zasugerowałam.
–Ta
– powtórzył. – Może kiedyś. – Westchnął w sposób, który wzbudził we
mnie wątpliwości, czy wierzy w jakiekolwiek „kiedyś”. Wiedziałam, że
kostniakomięsak jest w znacznym stopniu uleczalny, ale mimo to…
Istnieje wiele sposobów, żeby określić czyjeś przybliżone nadzieje na przeżycie, nie pytając wprost. Użyłam więc klasycznego:
–Chodzisz do szkoły?
Zazwyczaj
rodzice w którymś momencie zabierają cię ze szkoły, najczęściej wtedy,
kiedy spodziewają się, że niedługo kopniesz w kalendarz.
–Ta – potwierdził. – Do North Central. Ale straciłem rok i jestem w drugiej klasie. A ty?
Zastanawiałam się, czy nie skłamać. W końcu nikt nie lubi trupów. Ale w efekcie powiedziałam prawdę.
–Nie, rodzice wycofali mnie trzy lata temu.
–Trzy lata? – powtórzył ze zdumieniem.
Przedstawiłam
Augustusowi w skrócie historię mojego Cudu: gdy miałam trzynaście lat,
zdiagnozowano u mnie raka tarczycy czwartego stopnia. (Nie wspomniałam
mu o tym, że postawiono diagnozę trzy miesiące po tym, jak dostałam
pierwszą miesiączkę. Odebrałam to tak: Gratulacje! Stałaś się kobietą. A
teraz możesz umrzeć). Powiedziano nam, że jest nieuleczalny.
Przeszłam
operację o nazwie „radykalna limfadenektomia szyjna”, która jest mniej
więcej tak przyjemna jak jej nazwa. Potem były naświetlania. Następnie
wypróbowali chemioterapię na guzach, które pojawiły się w płucach. Guzy
zmalały, a potem urosły. Wówczas miałam już czternaście lat. Płuca
zaczęły wypełniać się płynem. Wyglądałam dość koszmarnie – dłonie i
stopy miałam spuchnięte jak balony, skórę popękaną, usta ciągle sine.
Istnieje taki lek, dzięki któremu człowiek nie czuje się tak okropnie
przerażony tym, że nie może oddychać, i mnóstwo tego wlewano w moje żyły
przez wkłucie centralne, a prócz niego jeszcze kilka innych specyfików.
Mimo to jest jednak coś nieprzyjemnego w tonięciu, zwłaszcza gdy odbywa
się ono stopniowo przez kilka miesięcy. W końcu wylądowałam na OIOM-ie z
zapaleniem płuc, a mama uklękła przy moim łóżku i zapytała: „Jesteś
gotowa, skarbie?”. Odpowiedziałam, że jestem. Tato tylko powtarzał, że
mnie kocha, głosem nie tyle łamiącym się, ile złamanym. Mówiłam mu, że
też go kocham. Wszyscy trzymaliśmy się za ręce, a ja nie mogłam złapać
oddechu. Moje płuca walczyły desperacko, rzęziły, wypychały mnie z łóżka
w poszukiwaniu pozycji, która zapewni im choć trochę powietrza, a ja
byłam zażenowana ich desperacją, zdegustowana, że po prostu nie
odpuszczą. Pamiętam, jak mama mówiła, że jest dobrze, że ze mną jest
dobrze, że będzie dobrze, a ojciec tak bardzo starał się nie płakać, że
kiedy w końcu zanosił się szlochem, co zdarzało się regularnie, brzmiał
on jak prawdziwe trzęsienie ziemi. I pamiętam, że nie chciałam być
przytomna.
Wszyscy sądzili, że to już koniec, ale moja pani onkolog,
doktor Maria, zdołała jakoś wyciągnąć ze mnie trochę płynu i wkrótce
antybiotyki, które dostawałam na zapalenie płuc, zaczęły działać.
Doszłam
do siebie i po niedługim czasie zostałam włączona do grupy testującej
leki eksperymentalne, tak słynne w Republice Rakonii dla Niepracujących.
Lekarstwo nazywało się Phalanxifor, a jego molekuły były obmyślone tak,
by łączyły się z komórkami rakowymi i spowalniały ich wzrost. Nie
działało na mniej więcej siedemdziesiąt procent chorych. Ale na mnie
zadziałało. Guzy zmalały.
I takie pozostały. Wiwat, Phalanxifor!
Przez ostatnie półtora roku moje przerzuty prawie się nie powiększyły,
dzięki czemu mam płuca, które co prawda słabo sprawdzają się w swojej
roli, ale możliwe, że dzięki butli z tlenem i dziennej dawce
Phalanxiforu będą dawały radę jeszcze przez jakiś nieokreślony czas.
Mówiąc
szczerze, mój Wielki Cud kupił mi jedynie odrobinę czasu. (Nie znałam
jeszcze wielkości tej odrobiny). Ale opowiadając o nim Augustusowi,
odmalowałam obraz w samych różowych barwach, podkreślając cudowność tego
Cudu.
–W takim razie teraz musisz wrócić do liceum – uznał.
–Niestety nie mogę – odrzekłam – ponieważ zdałam już zaocznie maturę. Uczę się teraz w MCC. – To był nasz lokalny college.
–Dziewczyna
z college’u! – powiedział, kiwając głową. – To wyjaśnia tę aurę
wyrafinowania. – Uśmiechnął się do mnie kpiąco. Żartobliwie pacnęłam go w
ramię. Wyczułam pod skórą mięsień, napięty i imponujący.
Z piskiem
opon skręciliśmy na osiedle otoczone dwuipółmetrowym tynkowanym murem.
Jego dom był pierwszy po lewej. Dwupiętrowy, w stylu kolonialnym.
Gwałtownie zaparkowaliśmy na podjeździe.
Weszłam za Augustusem do
środka. Na drewnianej tabliczce na drzwiach wygrawerowano kursywą słowa:
„Tam dom twój, gdzie serce twoje”. Okazało się, że całe mieszkanie
przybrane jest podobnymi mądrościami. Nad wieszakiem wisiała sentencja:
„Dobrych przyjaciół trudno znaleźć, a jeszcze trudniej zapomnieć”.
Natomiast haftowana poducha w umeblowanym antykami salonie obiecywała:
„W ciężkich chwilach rodzi się prawdziwa miłość”. Augustus zauważył, że
ją czytam.
–Rodzice nazywają je motywatorami – wyjaśnił. – Są wszędzie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz